Kameralny teatr na obrzeżach miasta wystawił premierę sztuki Noc bez adresu, która śledzi losy trzypokoleniowej rodziny w tygodniach po utracie mieszkania na wynajem. Reżyser oparł się pokusie zrobienia z tematu mieszkalnictwa plakatowej agitki i zamiast tego stawia na drobne, konkretne sceny — szukanie prowizorycznego schronienia, negocjacje z urzędami, niezręczne kolacje u krewnych, którzy nigdy głośno nie zaproponowali pomocy.

Scenografia jest celowo surowa: goła scena, kilka mebli, które w trakcie spektaklu przenoszone są z miejsca na miejsce jako metafora tymczasowości. Projekt świateł operuje ostrymi kręgami, które otaczają postaci, a zarazem izolują je od reszty sceny.

Główna rola babci, która stara się utrzymać rodzinę razem, nie przyznając się do własnej bezradności, należy do najsilniejszych aktorskich kreacji sezonu. Z kolei postać dorastającego wnuka miejscami ześlizguje się w zbyt dosłowne monologi, które nie zostawiają widowni przestrzeni, by domyślić się czegoś samodzielnie.

Mimo to Noc bez adresu funkcjonuje jako całość — właśnie dlatego, że nie próbuje pouczać widza, tylko każe mu siedzieć w dyskomforcie razem z postaciami. Tekst nie oferuje rozwiązania ani kojącego zakończenia, co w przypadku społecznie zaangażowanego dramatu jest odświeżającym podejściem.

Spektakl jest w repertuarze do końca sezonu, kolejne powtórki teatr planuje ogłosić jesienią.